piątek, 15 września 2017

środa, 13 września 2017

Witaj na świecie

Nie upilnowałam kotki, wzięła, poszła i się puściła. Wróciła z brzuchem, ta córa marnotrawna i, w dodatku, raczyła urodzić na łóżku.
Miała skrytki, skrzynkę, możliwość schowania się w szafie... Nie, zdecydowała się na poród rodzinny w moim i Grubego towarzystwie.

Oto Whiskey, urodzone 13.09.2017 o godzinie 1:30.


[Nie wiem, czemu data i godzina publikacji pokazuje się fałszywie... Wie ktoś z Was, jak to naprawić?]

poniedziałek, 11 września 2017

Puszka nie dla kota

Najwyższy poziom drapaka został osiągnięty - Frytka przy ostrzeniu pazurów wali łbem w sufit.
Muszę tylko lepsiejszą półeczkę jej zrobić.

Roztrzepana jestem jak białka na bezę. Robię sprawunki, odchodzę od kasy, pakuję graty i muszę spowrotem na sklep.
Odliczam pieniadze, daję babeczce - brakuje. Przetrzepuję kieszenie i wyciagam garść jednocentówek. Gdyby wzrok mógł zabijać to padłabym trupem.

Wymieniliśmy lampy w kuchni i łazience. Co prawda, wolałam jarzeniowe światło, ale no cóż... jak rurki padną, to nowe są za drogie (sama jarzeniówka jest droższa od lampy z rurą w komplecie...), więc wróciliśmy do klasyki. Kuchnia jeszcze jako tako wyglada, w łazience straszy plastik. Ale niech sobie straszy, w końcu nie patrzę na lampę, szczególnie, jak świeci, bo w oczka razi. ;)

Dzień ciągnie się powoli za dniem, noce stają się dłuższe i chłodne. Koty zbierają tłuszczyk na zimę.

Żarłam wczoraj kukurydzę. Kukurydza wywołuje u kotów pierdolca - wszystkie trzy kombinują na wszelkie sposoby dorwać się do kolby i obgryzać ze mną... Te futra mają jakieś dziwne wegetariańskie ciągoty: Mieczysława lubi marchewkę z groszkiem, Frytka kradnie kiszoną kapustę, a Browar - wszystko. I nie przetłumaczysz, że ludzka karma, nawet jeśli jest z puszki, to nie jest dla kota. 

No i chlebek. Tym razem z sokiem z kukurydzy i bazylią. Mniam!

czwartek, 7 września 2017

Chleb, kawa i wieprzowina

Wczoraj zajęliśmy się produkcją domowego chleba i dwunastu bułek. Dzisiaj konsumujemy cały dzień kanapeczki.

Szłam ukochaną dróżką osiedlową do marketu, a tu  a końcu niespodzianka - roboty drogowe. Musiałam ryć przez krzaki mokre od deszczu. Fuj.

Mam wrażenie, że koty wyżerają mi kawę. Wczoraj kupiłam pół kilo, dziś jest ledwie 3/4 puszki. To nie może być, że ja tyle wodą zalałam i wychłeptałam. To koty!

Zorganizowałam pizdrygozawieszałkę na moją kolekcję kubków. Cała ściana w skorupach, kurz i roztocza mogą tańczyć makarenę z radości. 

Posprzątałam półkę na przyprawy, puszkę na kawę przestawiłam na parapet, razem z dwuosobowym serwisikiem do herbatki. Gruby poszedł zrobić sobie herbatki niszcząc moją artystyczną myśl. Ja się pięć razy w ciągu popołudnia pomyliłam, sięgając w złą stronę po kawę. 

...po kawę. Ech, czyli jednak nie koty ją zżerają, ona znika tak przez okno. Ptaszki-sraszki, czy ufoki?

Gruby przeczytał mi dziś wiadomość z ostatniej chwili: nieznani sprawcy podrzucili świński łeb Muzłumanom pod świątynię. Jakaś baba napisała w komentarzu, że jej ktoś przyczepił ogon szopa do auta i "jakoś nie robiła afery". 
Niezbadane są głębie ignorancji.

środa, 6 września 2017

Jak dobrze mieć sąsiada...

Nasza kamienica ma trzy piętra, na każdym mieszkanie. Ja mieszkam na samej górze, po środku sąsiadka, co jej na zakupy latam, a na parterze rodzina z psami, rowerami, dziećmi i niezłym sprzętem nagłośnieniowym.
Jak sąsiadkę uwielbiam, okna jej myję, żarówki wymieniam i zakupy dźwigam, tak sąsiadowi najchętniej urwałabym łeb.

Dwie kondygnacje przedwojennego budynku nas dzielą, a mi się kubek od kawy na stole trzęsie, taki łomot z dołu. Koty ukryły się pod łóżkiem. Zwracanie uwagi daje tylko awantury, raz mało do rękoczynów nie doszło.

Psa nie chce mu się wyprowadzać, więc pies szczeka w rytm przebojów lata, zostaje w końcu puszczony na podwórko (albo tylko na klatkę schodową) i sadzi kupska jak mały słoń.
Ani pies po sobie nie sprząta, ani właściciel, więc jak się już zdrowo wkurzę, to ogarniam podwórko - nie będę lawirować między ekskrementami.

Kotem nie poszczuję, bo kot hałasu nie lubi. Jak słyszą typa na klatce, to uciekają w najciemniejsze kąty.

***

Zostawiam kwiatka, co go nad niedalekim bajorkiem spotkałam.

poniedziałek, 4 września 2017

Budzik

Niby tak słonecznie, ale to już nie lato (jakby w tym roku było jakieś sensowne lato...). Ciekawe, ile jeszcze mi begonie na parapetach wytrzymają, zanim zaczną straszyć przechodniów.

Godzina 6.00 rano, budzi mnie budzik. Budzik ma na imię Browar, cztery łapy oraz ogon i wydaje z siebie najbardziej przerażliwe miaaaauuuuuu, jakie tylko 3 kg kota może wydać. Tak prosto w moją zaspaną mordę - znaczy się: kot jest głodny, kot nie jadł od jakichś sześciu godzin (chrupki się nie liczą, chrupki to nie jedzenie), masz wstać i dać kotu jeść.
Po otwarciu jednego oka i pogonieniu kocura z wyrka, usłyszałam drugie miauuuu, takie cichsze, z drugiej strony... Nie przelewki, to Fryta też domaga się śniadania, a Mieczysława, jak księżniczka, siedzi pod kuchnią i czeka.
Wstałam. I tak musiałam.
Zawsze sobie wmawiam, że o szóstej trzeba wstać, nawet jak nie trzeba.

Chwila dla mnie. Chwila względnej ciszy (mlaskają futrzaki jak głupie), czas na kawusię, fajeczkę, lekturę. Temperatura na zewnątrz wzrasta, chyba nie trzeba brać zimowej kurtki.

W końcu ruszyłam zadek przywlec zakupy sąsiadce z dołu.

Ja wracam czytać.